fbpx
 
 
 
 
 
 

Joanna ♥ Marc



Joanna i Marc Asię i Marka poznałem jeszcze tak naprawdę zanim mieliśmy przyjemność spotkać się twarzą w twarz. Jako że kocham Irlandię i mieszkałem w niej przez 9 lat, była ona zawsze moim numerem jeden na liście krajów do realizacji zagranicznych sesji zdjęciowych. W lipcu zeszłego roku postanowiłem więc spełnić swój wymarzony plan i zacząłem poszukiwać chętnej pary spośród społeczności polskiej mieszkającej w Irlandii. Jak się szybko okazało, chętnych par było całkiem sporo! Musiałem jednak wybrać tylko dwóch szczęśliwców i okazali się nimi być Joanna i Marc - polsko-brytyjskie, świeżo upieczone małżeństwo z Irlandii Północnej :) Czynnik, który przeważył o tym, że to właśnie Joanna i Marc staną przed moim obiektywem była ich totalna gotowość na pójście wszędzie tam, gdzie poniesie mnie moja wyobraźnia :) I tak też było! Irlandia jest niesamowicie pięknym krajem, zewsząd otoczonym cudownymi krajobrazami zieleni, gór, klifów, wodospadów oraz oceanu. Już sam wybór miejsc na tę sesję zdjęciową okazał się dla mnie nie lada wyzwaniem! Miałem do dyspozycji jedynie 3 dni na realizację swojej wizji, dlatego spędziłem kilka tygodni nad skrupulatnymi poszukiwaniami. Naturalnym wyborem były dla mnie Ring of Kerry oraz Cliffs of Moher - to dla mnie symbole krajobrazowe Irlandii! Asia i Marc bez wahania przejechali dosłownie całą wyspę, bo aż 450 km z Irlandii Północnej, by stanąć przed moim obiektywem! Mimo długiej podróży, która nas czekała do pierwszego przystanku, godziny upłynęły nam naprawdę szybko. Spędziliśmy je rozmawiając o Asi i Marku, o ich historii i o tym, co dla nich ważne. Wiedziałem momentalnie, że podjąłem bardzo dobrą decyzję wybierając właśnie tych dwoje kochających się ludzi! :) Podczas, gdy Irlandia jest jednym z najbardziej urokliwych krajów, jej pogoda niestety nie jest zbyt przychylna. Od samego początku towarzyszył nam deszcz! I tak też się utrzymywało przez wszystkie dni naszej podróży, z okazyjnymi przebłyskami promyków słońca. Ale nam nie straszny był deszcz, wiatr czy zimno i robiliśmy swoje! :)   Naszym pierwszym punktem podróży była urokliwa miejscowość Doolin, położona nad wybrzeżem tzw. Wild Atlantic Way. Jak sama nazwa tego rejonu wskazuje, ocean jest tam burzliwy, zimny, ale... jakże piękny! Fale uderzały o skały, tworząc przepiękne widowisko swojej siły i nieprzewidywalności. Niedługo po przyjeździe, gdy tylko nadarzyła się okazja i deszcz przestał padać (na jakieś 30 minut), Marc szybko ubrał garnitur, a Asia wskoczyła w pierwszą suknię ślubną - tak, pierwszą, bo zabrała w naszą podróż aż dwie! ;) - i wyruszyliśmy na pierwsze zdjęcia! Gospodarze domu, w którym się zatrzymaliśmy będąc w Doolin, okazali się niezwykle mili i pomocni, witając nas świeżo upieczonymi domowymi bułeczkami oraz wskazówkami dojazdu do wybrzeża. I pomimo, że gospodyni domu wielokrotnie podkreślała, aby najlepiej trzymać się z daleka od fal i pójść w inne miejsce, oddalone nieco od wybrzeża, gdzie jest bezpieczniej, nie potrafiliśmy zrezygnować z pięknego krajobrazu uderzających o skał fal! Na szczęście Asia i Marc podzielali mój zapał i nie musiałem ich długo namawiać, aby wskoczyli na skały i nie szczędzili sobie czułości w towarzystwie wiatru, zimna, a nawet deszczu! Oj, było warto! Oczywiście po powrocie nie przyznaliśmy się naszym gospodarzom, że staliśmy zaledwie kilka kroków od krawędzi z oceanem! ;) Mimo, że pierwszy dzień zakończyliśmy przemoknięci, to za to z szerokimi uśmiechami na twarzy! Udaliśmy się do pobliskiego pubu na zasłużony - i bardzo późny (22:00) - obiad! :) Przepyszne irlandzkie jedzenie, Guiness w dłoni i irlandzka muzyka w tle - czego więcej chcieć do szczęścia! No, może odrobinkę snu... a było jego faktycznie jedynie odrobinkę! ;) Na drugi dzień przebyliśmy kolejne kilometry, podążając na południe do Ring of Kerry. Dzień rozpoczęliśmy bardzo wcześnie, bo jeszcze przed świtem. Naszym pierwszym przystankiem tego dnia były niesamowite Klify Moher! Dotarliśmy na miejsce nie tylko przed wschodem słońca, ale także przed falą turystów – na szczęście parking był otwarty całodobowo. Zaparkowaliśmy samochód i podczas gdy ja szybko zebrałem sprzęt i udałem się z latarką na poszukiwanie najlepszego miejsca przy klifach, Asia i Marc dosypiali jeszcze kilka minut w samochodzie, próbując nadrobić zaledwie 2 godziny snu z poprzedniej nocy. :) Tymczasem ja rozstawiłem swój sprzęt i prze-szczęśliwy, że przez najbliższe 2-3 godziny nie będzie tam nikogo innego tylko ja, moja para zakochanców, aparat, statyw, klify oraz setki mew przelatujących nad oceanem, zaczerpnąłem świeżego powietrza i szybko przyprowadziłem na to miejsce Asie i Marka. Wschód słońca miał się pojawić niebawem, i mimo, że chmury nadciągały, wzięliśmy się do pracy! Asia w tempie ekspresowym ściągała i zakładała kurtkę pomiędzy poszczególnymi ujęciami, gdyż wiatr nad klifami nie jest przychylny letnim sukniom ślubnym. :) Na szczęście Asia pozowała dzielnie, ogrzewana dotykami, objęciami i pocałunkami swojego męża. :) Po bardzo wietrznym spotkaniu z niesamowitymi Klifami Moher udaliśmy się nad jedno z najspokojniejszych miejsc w Irlandii - jezioro Lough Derg. Cisza i spokój, otaczający piękny krajobraz i oni – stojący na pomostku pośród trzciny wodnej i pływających niedaleko kaczek – było naprawdę błogo! Nawet kilka kropel deszczu nie naruszyło cudownej aury tego miejsca i miłości, która się unosiła w powietrzu. Można powiedzieć, że deszcz, który nadszedł był zupełnie inny niż do tej pory – delikatny, ciepły – tak jak dotyki i spojrzenia Asi i Marka. Chociaż bardzo chcieliśmy tam zostać dłużej, musieliśmy ruszyć w dalszą podroż do naszego kolejnego i ostatniego już przystanku tego dnia – miejscowości Killarney. Miejsce to jest zewsząd otoczone pięknem. Leżący w centrum Ring of Kerry Park Narodowy to istna kraina – a wprawdzie mówiąc dolina – zieleni! Góry, skały, wodospady i zewsząd nadbiegające owce, to sceny niczym z filmu! Ku naszemu zdziwieniu, tego popołudnia pogoda okazała się dla nas łagodna - chmury faktycznie omijały Black Valley, przez które przejeżdżaliśmy błogo w nieskończoność. Rozpływaliśmy się w widokach otaczających nas ze wszystkich stron i długo nie mogliśmy zdecydować, gdzie się zatrzymać, aby zrobić najlepsze zdjęcia. Ostatecznie wybraliśmy! I już po kilku chwilach przechodziliśmy przez czyjś płot by następnie w towarzystwie owiec przemierzać pole wzdłuż strumyka. A strumyk tenże prowadził nas w górę, aż do wodospadu! Z wizjami wprost wypływającymi z mojej wyobraźni, postanowiłem, że najpiękniejsze ujęcia będą właśnie pod samym wodospadem. Nie musiałem długo namawiać Marka oraz Asi, która żwawo złapała tren od swojej drugiej już sukni pod pachę – i ruszyliśmy pod górę! Im wyżej szczytu, tym wspinaczka stawała się trudniejsza ze względu na coraz większe skały pojawiające się na drodze, których nie można było ominąć w żaden inny sposób, jak tylko się na nie wspiąć! Po drodze spotkało nas parę upadków i wpadnięć w niewidzialne na pierwszy rzut oka dziury, ale na szczęście nic poważnego oprócz paru zadrapań i siniaków się nie pojawiło. No, może oprócz kilkunastu kleszczy, o których dowiedzieliśmy się dopiero następnego dnia! :) Ależ było warto! Widoki, które nas spotkały na samej górze zapierały dech w piersiach! Promyki słońca nadeszły, aby świętować z nami koniec wspinaczki i oświetlać pięknie tło do zdjęć. Wystarczy tylko spojrzeć na ujęcia z tej przepięknej doliny Black Valley by stwierdzić, że naprawdę było rajsko! :) Irlandia to nie tylko kraj pełen pięknych (i deszczowych) krajobrazów, ale także kraj pełen wspaniałych ludzi. Począwszy do gospodarzy, u których zatrzymaliśmy się w Doolin i Killarney, ochoczo oferujących wskazówki miejsc, które musimy koniecznie odwiedzić podczas naszej sesji oraz serwujących nam przepyszne, domowe irlandzkie jedzenie, po lokalnych mieszkańców, którzy podchodzili zewsząd z gratulacjami dla nowożeńców i podziwem dla przepięknych sukni Asi oraz odwagi całej naszej trójki! :) Oj działo się! Pełni wrażeń z dotychczasowej podróży, stwierdziliśmy, że nie potrzebujemy wielu godzin snu podczas naszej ostatniej nocy w Irlandii. :) Po zaledwie godzinie snu, budziki zabrzmiały, walizki się zapakowały i o godzinie 1 w nocy wyruszyliśmy w góry! Ok, przyznaje się, że był to mój zwariowany pomysł, ale Asia i Marc po raz kolejny, przyjęli go ochoczo! To się nazywa zaufanie! :)
Jak i podczas większości naszej podróży, tak i teraz, podczas wspinaczki w środku nocy na najwyższy szczyt w Irlandii - padał deszcz! Przywyknęliśmy już do tego, więc nie byliśmy zbytnio wzruszeni i z latarkami w rękach wyruszyliśmy pod górę! Była to najtrudniejszą cześć naszej wyprawy, nie ze względu na wspinaczkę, gdyż cała nasza trójka uwielbia góry i regularnie po nich chodzi, ale ze względu na warunki pogodowe. Towarzyszył nam nie tylko deszcz, ale też mgła, która zasłaniała wszystko w odległości kilku metrów. Wujek Google także nie radził sobie dobrze ze wskazówkami trasy, dlatego też wielokrotnie zbaczaliśmy z właściwej drogi. Tymczasem wschód słońca nadchodził coraz bliżej, deszcz nie ustawał, mgła nie odchodziła. Postanowiliśmy poczekać z ostatnim odcinkiem wspinaczki na przyjście słońca, ale to także nie ułatwiło naszej sytuacji. Na tym etapie byliśmy przemoknięci do ostatniej suchej nitki i śliski grunt pod nogami robił się niezwykle niebezpieczny, tym bardziej że ostatni odcinek wspinaczki składał się jedynie z kamieni. Po sprawdzeniu pogody okazało się że deszcz nie ustąpi przynajmniej do godziny 12:00. Wiedzieliśmy już wtedy że nie uda nam się zrobić zdjęć i niestety musieliśmy zawrócić. Przemoknięci, zmęczeni, głodni i zawiedzeni, dotarliśmy szczęśliwie do auta, gdzie przebraliśmy się w suche ubrania. Wielu by się wtedy poddało, ale nie ja. I na szczęście - nie Asia i Marc! Postanowiliśmy, że niepowodzenie nocnej wspinaczki nas nie zniechęci, a wręcz przeciwnie zmotywuje jeszcze bardziej, by któregoś dnia tutaj powrócić i wspiąć się na szczyt! :) W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze nad przepięknym wodospadem Torc, gdzie Asia i Marc pełnymi miłości spojrzeniami przegonili wszystkie chmury i deszcz ze wspomnień nocnej wspinaczki. Było pięknie! 

Naszą wyprawa pełną była zapierających dech w piersiach krajobrazów, pięknych i zabawnych momentów, czułych spojrzeń i pocałunków, nieprzewidywalnych warunków pogodowych, przeszkód oraz niepowodzeń. Była wspaniała! Niczym w życiu, pełna wzniesień i upadków, a w tym wszystkim trwaliśmy razem i z sercem otwartym na świat szliśmy po to, co zamierzyliśmy - uchwycić miłość dwojga wspaniałych ludzi, którzy kochają wyzwania i dla których nie ma rzeczy niemożliwych!